WM Seniorów 2013

World Masters Seniorów 2013 Belluno/Italy

Relacja „na żywo” – 21.06. 2013. Dzisiaj w piątek dojechałem do Belluno. A właściwie do Garna d’Alpago.  Długo szukałem lądowiska, ale na szczęście żona Felice zgarnęła mnie z drogi i bez problemu dotarłem na miejsce. Byłem pierwszym. Parę godzin później dojechał Gunter z Niemiec i powoli zjeżdżają się inni. Mały camping, ale ze wszystkim co potrzeba. Rozkładam daszek nad moim miejscem postojowym i już jestem gotowy na jutrzejszy dzień. Zapowiada się dobra pogoda.

Góra Dolada czeka już na starych „lataczy”. Lądowisko nie za duże, ale w sam raz. Lekko pod górkę i pod wiatr, który zawsze wieje z tego kierunku, tak że nie da się przelecieć. Dosyć wysoko, bo 600 metrów npm.

Gospodarz zawodów Felice robi jeszcze ostatnie porządki na campingu. Wszystko musi być na jutro gotowe. Chyba skończył, bo przysiadł się do stołu i pije piwko. Pozdrawia wszystkich lotniarzy w Polsce.

22.06.2013. Sobota.   Rano skoro świt (9-ta) Felice wyrwał mnie ze snu, bo już jadą na start z glajciarzami. Bez śniadania, szybko wrzuciłem lotnię na dach i jazda. 15 minut fajną, asfaltową drogą na samo startowisko. Na końcu szosy przed parkingiem skręcamy przy tablicy w lewo i wjeżdżamy na sam start. Wystarczy zdjąć lotnię z dachu i już można się rozkładać. Komfortowe warunki.

Leciutki wiaterek, ale prawie flauta. Rozkładamy lotnie.

Niebo zasnuwa się cirrusami. Glajty startują, ale nic się nie dzieje w powietrzu i odlatują w kierunku lądowiska. Start jest na 1500 npm. Stroma zielona łąka na zboczu Dolady. Bo do szczytu to chyba jest jeszcze z 500m. Felice potwierdza: 1938m.Jestem tu pierwszy raz. Widok jest niesamowity. Z góry to dopiero będzie co podziwiać. Strome zbocza z zalegającym jeszcze śniegiem. Oj będzie jazda. Żeby tylko terma nie zawiodła. Bo wygląda to coraz gorzej. Dolina w cieniu. Stromy start, nawet bez wiatru wystarczą dwa kroki. To lubię… Szukamy lądowiska. Jest, za charakterystyczną półokrągłą halą. Wygląda na małe, ale 900 m wysokości robi swoje.

Montuję kamerkę, to będzie jej chrzest. Na rogu sterownicy. Chyba nie ma na co czekać, ubieram się i jazda. Po dwóch krokach już jestem w powietrzu. Trochę trzyma, ale po nawrocie już poniżej startu. Oblatuję całą górę, aż na zachodnią stronę i nic. Czasem coś piknie, ale powietrze jest jakieś rzadkie. Coraz niżej, wylatuję nad dolinę, wszędzie cień. Oj nic z tego nie będzie… Namierzam lądowisko, podwozie, klapy, zejście, prosta i sprint, bo zawiało troszkę w plecy. Uf jak gorąco. Pot płynie po plecach. Stawiam lotnię koło samochodu i teraz najlepsze… Wyskakuję z kokonu, ręcznik i pod zimny prysznic! Jaka radocha!!! No cóż, jutro będzie lepiej. Po niecałej godzinie zaczyna się burza. Chowamy lotnie pod dach i co, do kompa.

Muszę obejrzeć mój pierwszy filmik. Całkiem, całkiem jak na kamerkę za 194 zł. Tylko nie mam pojęcia jak go przyciąć? Może ktoś coś doradzi. Ale żeby był prosty, taki dla seniora, co startuje w „Grabsztajn-lidze”.

 

23.06.2013. Niedziela   Wreszcie polatałem w tym roku. Właściwie pierwszy lot. Nie za wysoko, bo tylko do 2100m, ale zawsze. I 3 godziny, prawie za długo. Bo wszystko mnie boli (za to wiem, że jeszcze żyję!) Ale było wspaniale, lot nad Doladą, zygzakiem między chmurami.

Wybaczcie, ale dziś już nic więcej nie napiszę. Na campingu tłok, zjechało się tylu starych znajomych, przyjaciół i każdy chce się ze mną napić … piwka! Najstarszy Willi z Niemiec ma 74 lata! (na dole po lewej)Ale lot zgrałem. Dane lotu:  http://www.xcontest.org/world/de/fluge/details/:VegaPW/23.6.2013/12:00            Jeszcze parę fotek z latania. Nico na Atosie ze Szwajcarii.

U nas też są „lotniarki”. A jak latają. Na zdjęciach start i lot Veroniki ze Szwajcarii. Startowisko wygląda z góry, jak płaska łąka. W rzeczywistości jest dość strome.

. Na dwóch ostatnich fotkach „niby” lądowanie Haralda na dachu. Jakby odbił się z jednego dachu i wylądował na drugim.

24.06.2013. Poniedziałek      Leje, grzmi, leje i tak na przemian. W związku z tym dzisiaj będzie Flieger Fest dla wszystkich pilotów. Wczoraj dojechał także Hans Kiefinger, ma już 51 lat i może z nami latać. Na szczęście latam w 2 klasie, bo z Hansem będzie ciężko rywalizować. Jeszcze w zeszłym roku był w niemieckiej kadrze. Widzę, że ze Słowacji ktoś dojechał. I z Czech, Niemiec…

Na zdjęciu Hans Kiefinger.  A wieczorem … nie, nie, nie to co myślicie. Wieczorem wspólnie gramy i śpiewamy!

25.06.2013. Wtorek  Rano o 8.20 pobudka, prysznic i śniadanko. Wspaniałe słoneczko i wspaniała widoczność. Po zimnej nocy (8 st.C.) liczyliśmy na fajne noszenia.  Błękitne niebo, pierwsze chmurki. Zbieramy się. Pierwsze samochody już wyjeżdżają na górę.

Zapowiada się ładny dzień, choć po południu przewidują burzę. Widoczność wspaniała,więc i widoki są niezłe. Wszystko wydaje się być tak blisko, choć w rzeczywistości to są kilometry. Na starcie praca wre. Wszyscy uwijają się przy swoich lotniach, zaraz briefing. Odprawa, 75 km do przelecenia po 3 punktach zwrotnych i o 12-tej „Window is open!”Ale nagle rozległy się grzmoty i niebo pociemniało.Oczywiście nikt nie kwapił się ze startem, a niebo zasnuwało się coraz ciemniejszymi chmurami.

 

Kierownik startu miał nie wesołą minę i po konsultacjach z meteorolgiem zapadła decyzja: Task is cancelled!

 

Hans próbował „chyba ze strachu” schować się do uprzęży…          Hans versucht sich im Gurtzeug vor dem Gewitter zu verstecken!

Na szczęście burze omijały nasz rejon i paru z nas poleciało sobie.Ja też. Nawet parę metrów przewyższenia udało się zrobić w bardzo spokojnym powietrzu. Co prawda lekki deszcz złapał nas przy pakowaniu lotni, ale za to Felice wraz z rodziną czekał na nas z przesuniętym z wczoraj przyjęciem powitalnym. Włoskie specjalności szybko znikały ze stołu. Szynka parmeńska, boczek, salami, sery, sałatki, mini pizze i inne miejscowe specjały, których nawet nazw nie znam pojawiały się na długim stole. Ale nie na długo, bo natychmiast lądowały na naszych talerzach. Jak jeszcze wspomnę o różnych napitkach i miejscowym czerwonym winie, (którego było można powiedzieć, że aż za dużo), to … no właśnie, co ja to chciałem napisać?Wesoło i gwarno było, ale duch współzawodnictwa przed chwilą zakończył biesiadę, gdyż na jutro dyrektor zawodów zapowiedział briefing na 11-tą. Niestety znowu są oczekiwane burze i musimy wcześniej wyjść w powietrze, aby rozegrać konkurencję. W każdym bądź razie wielkie podziękowania należą się się całej rodzinie Felice za wspaniały wieczór i serdeczne przyjęcie!Dziękujemy   Danke   Grazie !

26.06.2013. Środa   Trochę niskich chmur na horyzoncie. Trochę słoneczka. Skarpety do spania, bo pod kołdrą i kocem też za zimno. Co jest z tą pogodą?! Wybrałem się do Italii, same koszulki z krótkim rękawem, krótkie spodenki, a tu prawie zima. Niechcący zabrałem narciarską kurtkę, więc wieczorem jakoś da się przeżyć, choć z nosa kapie…

O 10-tej byliśmy już na starcie. Szybki briefing i 11.30. „open windows”. Trasa po dwóch punktach zwrotnych na 50 km, aby zdążyć przed zapowiadanymi burzami.

Szybko, szybko, tak że nawet zapomniałem kamerkę włączyć. Szybko wykręcam się do podstawy na 2000 m i czekam między chmurami na 12.30. To czas startu. Wyrywam do przodu i lecę po grani na wschód. Z niedzieli mam tę trasę obcykaną, więc szybko przeskakuję na następny masyw i dalej. Chmury tu są niżej, zdecydowanie poniżej szczytów, więc trzeba uważać na skały. Zaczyna kropić, wszystko zacienione. Na końcu masywu udaje mi się dokręcić do podstawy, jest  2070 m. Przeskakuję na następną grań i już tylko na opadaniu dolatuję do boi. Radius 400 m, więc vario już powinno przeskoczyć na następny punkt. Ale nie… Na wszelki wypadek dolatuję prawie do boi, ale nic to nie daje. Jedynie straciłem dodatkowe metry, które teraz są tak ważne. Z powrotem do zbocza, a tu tylko deszczyk. Dolatują następni, tylko jeden jest wyżej, ale już wracam! Prawe skrzydło prawie szoruje po skałach, każdy pips ( dla nie wtajemniczonych, podczas wznoszenia instrument potwierdza zdobywanie wysokości pipsaniem) wykorzystuję na maksa. Ale niestety wysokość ciągle maleje i dolina jest coraz bliżej. Zaczynam krążyć nad uskokiem skalnym, niby coś jest, ale wysokościomierz nie kłamie. Znowu kilka lotni przelatuje nade mną w kierunku boi. Nie ma co czekać, znowu przyklejam prawe skrzydło do zbocza i sunę na pół-klapach w kierunku masywu Dolady. Przeskakuję dolinę i dolatuję do zbocza nad zielone łąki. Coś się rusza, ale tylko, aby utrzymać wysokość. Zaczyna znowu padać, dolatują jeszcze dwie lotnie. Ale mojego miejsca nie odpuszczę! To mój mały kociołek. Szybko rezygnują i odlatują nad dolinę w kierunku lądowiska. Przestaje padać, zdobywam parę metrów, znowu coś i tak  z uporem maniaka wychodzę na 1680 metrów. Widzę jednego Atosa przelatującego o 200 m wyżej. Musiał coś złapać, bo w okolicy boi teraz świeci słoneczko. Pełna loteria! Odbijam w kierunku startu, ale jest wyżej niż ja. Nic to, aby do tych skałek… już poniżej 1600, i jest, wyraźny wiatr na zbocze, na żaglu wychodzę nad start i na Doladę. Tu zaczyna szarpać, ale do góry. Zawijam do zbocza, Atos wibruje ostrzegając przed przeciągnięciem, muszę uważać na skalne ściany. Są na wyciągnięcie ręki, ale opłaciło się. Już mam 1800 m i wyraźny komin. Z ulgą obserwuję, jak średnie wznoszenie ustala się na 2,5 m/sek. Co z tego, kiedy za chwilę muszę już uciekać z pochłaniającej mnie chmury. Jakiś cień przelatuje pode mną cholernie blisko! To była lotnia! Trochę się przestraszyłem, chyba mnie nie widział. Odlatuję od szczytu Dolady. Nie wiem gdzie on jest teraz… Lecę między chmurami, mam 1950 m. Powinno być wyżej, ale się nie da. Teraz widać całą dolinę jak na dłoni. Chyba z dziesięć lotni leci już nad oficjalne lądowisko. Dwie kierują się nad dolinę w kierunku Belluno. To najtrudniejsza przeprawa w dniu dzisiejszym. Szeroka dolina na kilka kilometrów. Robi się coraz ciemniej. Chmury przysłoniły prawie całą dolinę. Chyba nie ma na co czekać. Ruszam za nimi z przewagą ok. 200 m. Atos i Moyes, ten pierwszy kieruje się na południowe zbocze, ten drugi bardziej na prawo. Jakby chciał wlecieć na północną stronę. Ja lecę idealnie na najbliższy grzbiet i dolatuję tu powiększając różnicę wysokości nad nimi. Ale wszystko jest zacienione, więc to żaden powód do radości. Mijam lotnisko w Belluno, mam może jeszcze 1000 metrów. Staram się trzymać jak najbliżej zbocza, ale powietrze ani drgnie. Do boi mam jeszcze ok. 6 km. A lądowiska jak na lekarstwo, jakieś małe łączki z drutami. Oglądam się do tyłu i widzę jak moi konkurenci wracają bardzo nisko w kierunku lotniska, gdzie jest duża łąka. Już widzę chyba boję, ale czy będzie tam jakaś łąka, aby mój Atos się zmieścił? Wcześniej widziałem trochę miejsca pomiędzy domami w Belluno, więc nie ryzykuję i zawracam. Wysokość nieubłaganie maleje, jeszcze jedna próba na końcu małej górki i otwieram uprząż. Ostatnie 150 m. poświęcam na dokładne zaplanowanie lądowania, bo wesoło chyba nie będzie. Wiatr prawie nie wyczuwalny, więc wybieram opcję wejścia z nad bloków na minimalnej wysokości, skrętu w prawo i ominięcie drzew rosnących po prawej stronie, aby lądować na tym najdłuższym kawałku. W razie czego łąka kończy się linią dużych krzaków, które posłużą w najgorszym wypadku za „łapacza”. Ale nie jest najgorzej, kompletna cisza, idealnie schodzę w dół, jeszcze zakręt w prawo i na prostą.  Nawet nie zdążyłem wypchnąć sterownicy, a już leżałem na brzuchu w trawie wysokiej na prawie metr. Po środku tej łąki. Mięciutko tu, poleżałem sobie jeszcze ze dwie minuty, bo dopiero teraz poczułem, jak byłem zmęczony. Pot ściekał mi po karku, a tu jeszcze do tego wyszło słońce i praży niemiłosiernie. …Teraz, kiedy już siedzę na ziemi! Biorę uprząż i przedzieram się do najbliższego domu. Wychodzę z krzaków na drogę, gdy z za zakrętu wyjeżdża jakieś auto prawie mnie potrącając lusterkiem! Moja mina chyba była „bezcenna”, kiedy patrząc na numery rejestracyjne zobaczyłem na niebieskim tle małe literki PL…  Pukam do drzwi dużego domu przy moim lądowisku, mili ludzie dzwonią do biura, dostaję pić i tylko muszę jeszcze lotnię przynieść. Słońce praży przez małą dziurę w niebie. Słychać grzmoty nadchodzącej burzy. Składając ją zauważam dwie lotnie. Jedna jest na wysokości szczytu, czyli ok. 1900 m, druga leci do boi o połowę niżej. To był Hans Kiefinger, który wylądował przy niej, a później wracając zabrał mnie własnym autem na lądowisko. Wracaliśmy w burzy z gradem. Lotnie przemokły doszczętnie. Ten wyżej zdążył zaliczyć boję i wrócić do celu. Lądował już w deszczu. Co jest z tą pogodą?!   A za mój lot dostałem minimum, tak jak bym doleciał ledwo do lądowisko. Problem z ustawieniem czasu w moim vario…

 Mój lot:     http://www.xcontest.org/world/en/flights/detail:VegaPW/26.6.2013/11:58

27.06.2013. Czwartek     Nie miałem połączenia z internetem i kiepsko się czuję, ale relacja będzie… Nasi informatycy. Próbowali coś zrobić z moim vario, ale na nie wiele się to zdało.                                     Ten dzień nie zapowiadał się na lotny. Niskie chmury, mokro po nocnym deszczu, zimno. Sceptycznie patrzyliśmy w niebo.                                                 Jednak wyjeżdżamy na start. Rozkładamy się, odprawa i powtórka wczorajszej trasy, czyli 50 km po dwóch punktach zwrotnych. Chmury powoli podnoszą się.                 Ale powoli. Tylko chyba Tom wierzył w latanie dzisiaj.                 Mieliśmy gościa na starcie. Sprawdzał nasze przygotowania do lotów.                             Ale wreszcie pokazało się słońce. Podstawa poszła do góry i ruszamy na trasę.     Kiepsko się czuję. Długo nie wytrzymam w powietrzu. Muszę szybko lecieć, dopóki mi starczy sił. Od startu jestem z przodu, na pierwszej boi dogania mnie Hans. Jest przecież zawodnikiem z czołówki niemieckiej. Leci bardziej doliną na Doladę. Ja decyduję się na dłuższą trasę po zboczach. Długo nic nie znajduję, ale piękny komin pozwala mi jako pierwszy być nad Doladą. Czekam na Hansa, aby wspólnie przeskoczyć dolinę. Zawsze to lepiej we dwóch szukać noszeń. Po dwóch minutach pojawia się i z pod chmury ruszamy. Jest nisko, ale co zrobić. Nadlatujemy na południowe, zaciemnione zbocza na ok. 1500 metrach. Powietrze ani drgnie. Lecimy dalej na Belluno. Coraz niżej i niżej. Na wysokości „mojego” wczorajszego lądowiska mamy tylko 200 m. Coś się rusza, ale nawet nie ma zerka. Przeszkadzamy sobie w krążeniu. Mam dosyć na dzisiaj. Odchodzę do lądowania. Siadam z prostej na znanej mi łące. Wysoka trawa uniemożliwia dobieg i ląduję na brzuchu. Bezproblemowo. Przyglądam się przez ponad 20 minut, jak Hans walczy o wysokość. W końcu wolniutko wychodzi na jakieś 500 m i odlatuje w kierunku drugiej boi. Jako jedyny wykonał dzisiaj zadanie i wrócił na lądowisko. Później lądują u mnie jeszcze dwaj włosi. Giuseppe wali z impetem o glebę, co kosztuje Go nowy trapez.   Problem ze złożeniem lotni rozwiązuje w prosty sposób. Usztywnia złamane ramię trzonkiem od łopaty wypożyczonym z sąsiedniego domu. Śmieje się, że to lądowanie kosztowało Go 150 Euro…  Wracamy na camping. A tu Emil pracowicie składał spadochrony. Przyjechał do nas z Greifenburga.

28.06.2013. Piątek      Leje już całą noc, zimno, dziś wszystko odwołane. Jadę z przyjaciółmi  Annemarie und Harald na Vittorio Veneto. Pogoda poprawia się i mamy fajną wycieczkę. A potem pizza i cappuccino z lodami kończą fajny dzień.                                         Tylko ten śnieg na szczytach gór, prawie lipiec. W sąsiednim Cortina podobno otworzyli nartostrady!

29.06.2013. Sobota     Niestety włosi wyłączają internet na noc i nie mam jak pisać. Do tego jestem wykończony. Już koniec zawodów, znowu bufet, czerwone, dobre włoskie wino. Śpiewamy, bawimy się, a kto wygrał jakoś stało się mało ważne.                          Dzisiaj dołożyłem drugiemu na mecie sztywniakowi Atos VQ na dystansie 50 km ponad 16 minut.                                                                                    Po wylądowaniu mój nos nie wyglądał najlepiej. Wszyscy pytali skąd to? Przecież lądowanie było normalne. To mi się jeszcze nie zdarzyło, jak długo latam. Wracając z drugiej boi doleciałem pod szczyt ostatniej góry przed przeskokiem do Dolady. Było bardzo spokojnie i nagle dostałem takie uderzenie, że wyrżnąłem nosem o sterownicę! Przez parę sekund nie bardzo wiedziałem, gdzie jestem. Odleciałem nad dolinę. aby dojść do siebie i dalej na trasę. Straciłem na pewno ok. 10 minut. W końcowym rezultacie, pomimo że byłem najszybszy i tak mi to nic nie dało. Problemy z ustawieniem czasu w moim vario spowodowało, że nie dostałem punktów za liderowanie w stawce i wszystko na nic. Drugi za mną ze startą 16 minut dostał te punkty i wygrał tę konkurencję. W tabeli mój start był opóźniony o 2 godziny, bo taki czas pokazywało vario… Ale nic to. Powoli przypominam sobie zawodnicze latanie, a jak zdrowie dopisze i kupię dobry instrument, to jeszcze powalczę.

Wieczorem było rozdanie pucharków. Wszyscy zadowoleni. Fajne latanie i spotkanie. Szkoda, że pogoda była trochę loterią. Wielu nie przyjechało z tego powodu. Paru odjechało. Pozostali uśmiechnięci.

Klasa FAI I:                                  Giuseppe Santero (I),  Hans Kiefienger (D),  Johan Sulzbacher (A)

Klasa FAI 5:                                                    Pawel Wierzbowski (POL),  Nicolino Zunino (I),  Dieter Rebstock (D).

Mój lot, 3 konkurencja:   http://www.xcontest.org/world/en/flights/detail:VegaPW/29.6.2013/12:39

30.06.2013. Niedziela     Super warunki! Wreszcie, a ja taki słaby i boli mnie okropnie gardło. Zostało nas paru, namawiają mnie na lot. Jedziemy na górę we czterech, Hansi, Tomas i Emil. Trochę ciężko było się wyskrobać, ale potem jazda na całego. Jaka szkoda, że ledwo trzymałem się sterownicy. Do 2700m, wspaniała widoczność, obleciałem całą dolinę w godzinę, a drugą już nie bardzo mogłem. Bardzo fajny lot.                               Dane lotu:  http://www.xcontest.org/world/en/flights/detail:VegaPW/30.6.2013/13:11

Za rok wrócimy tu znowu na następne WM Seniorów 2014. Do zobaczenia za rok!

Wir kommen wieder nach Belluno. Wir sehen uns bei WM Seniorem 2014!